Gorąco przy -20 stopniach C

Dodaj komentarz

Machina ruszyła. Pełną parą przygotowujemy wernisaż grupowy. Ważne słowo „grupowy”, bo to trzeba w 11 osób dojść do porozumienia, co do tematu, wybrać zdjęcia, właściwie zrobić kilka selekcji… spotkać się kilka razy.

Patrzę na maila i oczom nie wierzę, 50 różnych komentarzy do spraw związanych z wystawą. No trzeba się włączyć i dodać swą opinię, każdy głos w dyskusji jest ważny. Lepiej nam idzie na spotkaniach, łatwiej się rozmawia, niż komentuje.

Uff, kolejny tematy do omówienia „ A co będziemy przekąszać?”, „Piec też będziemy? A może lepiej dipy i chipsy?”, “My mam swojskie wino, też możemy wziąć”,  „Ej wy, a co z muzyką? Tym też musimy się zająć”. „No i fajnie jakby ktoś nas tańca jakiegoś egzotycznego nauczył”. „Kto jeszcze nie dodał komentarza do zdjęcia, niech czym prędzej to zrobi”. Już nie wiem w ilu wątkach biorę udział i czy dobry komentarz do dobrego tematu wpisuję. Która to? a 00.42, no to normalne, że ciężko to ogarnąć.

Ramki! Kolejny dzień, kolejne podejście, by się na coś zdecydować. Już nie wiem na czym stanęło, zobaczę jak już będą kupione, jestem dziś tak zmęczona tą wielowątkową dyskusją, że jest mi wszystko jedno, w jakim ubraniu będzie wisiało moje zdjęcie. Zdaję się na gust kupujących.

Ostatni tydzień będzie małym maratonem. W poniedziałek kolejne spotkanie organizacyjne, we czwartek pewnie wieszanie wystawy, w międzyczasie zakupy spożywcze na „after party”, ja muszę ogarnąć rzeczy do “kenijskiego sklepiku z pamiątkami” no i w piątek kulminacyjny moment.

I będzie kulminacyjny z dwóch powodów. Bo tak się poskładało, że w dzień wernisażu…. jak Kopciuszek z wybiciem północy zniknę z balu, przebiorę się i z walizką wsiądę do pociągu i potem już tylko totalna cisza, i tak przez 8 dni, nad morzem, bez komórki, bez komputera, w odcięciu od życia ziemskiego…

Gościnne występy czas zacząć…

Dodaj komentarz

Pierwszy pokaz już za mną. Po kilku dniach telefon Karoliny: „Cześć Bogusia, pytałam u mnie w szkole i są zainteresowani pokazami o Afryce”. „No to fajnie” – mówię i siadam do przygotowania specjalnego pokazu dla dzieciaków z 1 i 2 klasy. Temat będzie „Kenia – moi rówieśnicy z Czarnego Lądu”…

W Zelkowie było super! Dzieci bardzo aktywne, słuchały przez całą godzinę moich opowieści o Kenii i dzieciach, w jakich warunkach mieszkają, co jedzą, jakie mają obowiązki i jak wygląda ich życie w domu i w szkole. Na końcu musiał być oczywiście konkurs! Nagrodą było zdjęcie rówieśnika (dobrze, że zostało mi trochę zdjęć-cegiełek). Każde dziecko odpowiedziało na pytanie, więc wszystkie dostały coś na pamiątkę. Pożegnaliśmy się w języku Swahili „Jambo!” i umówiliśmy się na styczeń na opowieści o przyrodzie Kenii, krajobrazach, roślinach i zwierzętach…

Od razu rzutem na taśmę Karolina pyta w swojej wspólnocie, czy może chcą posłuchać moich refleksji z pobytu na wolontariacie. Świetnie! Bardzo lubię opowiadać o tych trzech miesiącach spędzonych w tak szczególnym miejscu na Równiku. Modyfikuję nieco mój pierwszy pokaz z Dnia Misyjnego i powstaje coś specjalnego dla nich.

I znów mówiłam ponad godzinę. Zawsze lubię pytania po, bo widzę, co ludzi szczególnie interesuje, i jakie informacje dodać do następnego pokazu…

To już nie to, co rok temu. „Bigos po kenijsku” był świetnym pomysłem, teraz jednak, z moimi materiałami i doświadczeniem mogę się bardziej wyspecjalizować w zależności od grupy odbiorców.

Chyba już czas powoli zabrać się za następny pokaz – dla Klubów Podróżniczych. To grubsza sprawa. Temat już jest, więc połowa drogi przebyta. Ale zaraz zaraz! Za tydzień już zjedzie się moja rodzina z Kenii wraz z trzema znajomymi z L’Arche – Francisem, Paulem i Mutahi. W takim razie przygotowania do pokazu trzeba zamienić na przygotowania do szczególnego przyjęcia rodziny i gości.

Pole pole, pokaz zrobi się później ;)

Hojność ludzi…

Dodaj komentarz

Jejku to już za 3 tygodnie jest Niedziela Misyjna! Trzeba przygotować pokaz, skontaktować się z ks. Markiem (w końcu możliwość zrobienia kiermaszu omawialiśmy jeszcze przed moim wyjazdem, a więc kilka miesięcy temu).

- No to jak, aktualne? … To super! … Informacje do ogłoszeń? Jasne, że napiszę. Dobrze że będzie też tydzień wcześniej, tak by ludzie mogli się przygotować duchowo i finansowo.

Odfajkowane. Co mam jeszcze na liście? Ramki do obrazków! Szukam jakiejś taniej firmy. Nie będę przepłacać w sklepach. Jest! Do tego akurat jeden z pracowników ma za dwa dni szkolenie w Krakowie więc w tempie ekspresowym będę mieć je na miejscu. Dobra, jeszcze trzeba dobrać tło na passe-partout. Odcinam skrawki materiału, by potem móc dobrać odpowiedni kolor. O jeny, ile tego? I światło jest sztuczne… Ale dobra, w próbkami dam radę. Potem jeszcze dwa wieczory na czyszczenie ramek, oprawianie… Na dzień przed jestem gotowa.

Rano znajomi podwożą mnie z moimi dwoma dość dużymi walizkami na miejsce. Kilkoro innych znajomych zgadza się pomóc mi w sprzedaży. Bez nich nie dałabym rady! Był taki ruch, że nie było jak wydawać – więc… wydawało się w towarze :) Takie było oblężenie. Sprzedałam 95 % tego co miałam. Super. A ile dodatkowo ludzie wrzucili do puszek!

Jeszcze dwie Msze Św. wieczorne. Kurcze ciemno! Trzeba przetransportować stół na środek placyku, tak by lampa go oświetlała. Zimno trochę, ale dam radę. Na szczęście niespodziewanie zjawia się kolega i pomaga spakować wszystko i odwozi mnie do domu. Ale mi się udało.

Wracam zmordowana, ale szczęśliwa. To był dobry dzień!

Na drugi dzień wielkie liczenie! Siedzę i oczom nie wierzę: 5055zł i 20 euro. połowa to utarg z kiermaszu, a druga połowa to datki. Już nie mogę się doczekać przekazania pieniędzy na sierociniec w Talitha Kum w Nyahururu. Ale dzieciaki się ucieszą :)

Pierwszy miesiąc po powrocie

Dodaj komentarz

Właściwie to dziwny był cały miesiąc. Na początku chciałam tylko spokoju. Samo to, że od razu niemalże poszłam do pracy było dla mnie wyzwaniem. Właściwie dopiero teraz potrzebowałam urlopu… Tam było tyle wrażeń, że teraz nie chce mieć żadnych innych przez jakiś czas. Jeszcze nie daję znać, że wróciłam, jeszcze nie umiem o tym wszystkim opowiadać. Przesiewam w głowie, co był ważne, co zostało. Myśli biegają jak szalone, co rusz przypominam sobie inną sytuację. Na razie jest chaos. Czuję, że następuje wielkie porządkowanie myśli. Rzuca mi się to na inne sfery życia. Bach, otwieram szafę, przeglądam ciuchy i 1/3 ląduje w pojemniku na rzeczy używane. Segregacja maili, wyrzucanie setek starych, nieaktualnych wiadomości też zajmuje trochę czasu. Robię porządek w papierach, wyrzucam stare ulotki, informacje, ograniczam się do potrzebnego minimum.

O raju? A gdzie ja mam portfel? I kartę? I dowód? Zgubiłam… albo mnie okradli… A mówią, że to tam jest dzika Afryka, a przez 3 miesiące nic mi się stało, a w drugim tygodniu pobytu portfel rozpływa się w powietrzu. No cóż, blokuję kartę (za tydzień już mam nową!), składam wniosek o dowód (po dwóch tygodniach, jeszcze przed wyborami mogę go odebrać!), co za tempo… jeszcze nie przywykłam do takiego.

Końcówka września – zaczynam umawiać się ze znajomymi na weekendy, u mnie, z jedzeniem afrykańskim i opowieściami. Już pojawiają się pierwsze plany odnośnie nowych pokazów! Nawet zbieram ulotki z kin, by zobaczyć, czy by się na coś nie wybrać. Bardzo powoli wracam do dawnego rytmu, choć będzie zmodyfikowany: ogólnie wolniejszy, bardziej skoncentrowany na tym, co ważne.

Niedługo będę gotowa, by zasiąść z kubkiem kenijskiej kawy i spisać wszystkie mądrości  życiowe i refleksje z całego pobytu. Na razie głowa jeszcze segreguje, wyrzuca, podkreśla. Po prostu pisze swoją książkę o pobycie…

Dziwny ten tydzień. Ale po kolei…

Dodaj komentarz

Doleciałam na czas. Komitet powitalny w składzie mojej mamy i Agnieszki przywitał mnie serdecznie. W domu czekał polski obiad, zapasy chyba na dwa tygodnie (kochana ta mama) i własne łóżko. Do końca tygodnia mam wolne, jeszcze nie idę do pracy. Nawet nie wiem jak to szybko  zleciało. Najpierw trzeba było odespać podróż, potem zrobić pranie, popatrzeć z balkonu na sąsiadów, oswoić się ze swoim domem!… Dwa dni nie wychodziłam z mieszkania ani na krok. Od razu też telefon: „Cześć Bogusia! Wróciłaś? Jak chcesz to w niedzielę jest wielka impreza afrykańska w Orońsku . Jak przywiozłaś coś na sprzedaż, weź ze sobą…” Co? Jak? Gdzie? Dopiero co wróciłam, potrzebuję spokoju… Ale jak afrykańska – to jadę! Impreza była super, pogoda też się udała, na moment wróciłam do Kenii. Dzieci oglądały zdjęcia osób robiących wyroby skórzane. Moje opowieści, że tydzień temu wróciłam z Kenii robią na nich wrażenie. Każde niemalże dziecko chce coś kupić „od tej pani, co tam była”. Wróciliśmy w środku nocy, domęczeni, a tu na drugi dzień trzeba iść do pracy, po tak długiej przerwie…


Lecę…

Dodaj komentarz

Siedzę już w samolocie, Chris z Dennisem odtransportowali mnie na lotnisko. Czekali jeszcze chwilę aż zważę bagaż. Ma się to wyczucie w rękach! Jedna walizka 22.80, druga 22.76. Uff… nie trzeba nic zostawiać. No to jeszcze ostatnie pomachanie ręką i znikam za szklanymi drzwiami.

Przede mną 9 godzin lotu zanim będzie przesiadka w Amsterdamie. Na razie spać nie mogę. Przed oczami przebiegają jak stado żyraf obrazki z pobytu. Ostatni weekend spędziłam tylko z rodziną. Odpoczywaliśmy w Naivashy. Taki pierwszy mocniejszy powiew europejskości. Super jedzenie, wygodne i zadbane pokoje, piękne krajobrazy…Taka jest też turystyczna Afryka. Czas nam płynie leniwie, głównie na zabawie z Sarą. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Aga z Dominem ostatnimi bardzo intensywnymi miesiącami pracy i wizytami wielu gości;  ja też trochę intensywnością i wielością przeżyć. Zostawiam tu wielu znajomych, ale tylko kilkoro jest mi bardzo bliskich. Afryka jest taka inna, chyba zbyt inna by zostać tam na długo… Jest piękna, ale i trudna. I znów muszę ją porównać do pomarańczowej marmolady o słodko –gorzkim smaku. Puszkę Zesty biorę ze sobą do Polski, by móc od czasu do czasu przypomnieć sobie ten smak. Powoli zasypiam i myślę sobie, że za rok znów chcę odwiedzić rodzinę. Może wtedy przemierzę więcej kilometrów, by poznać jeszcze inne oblicze Kenii. Zobaczymy jak się poukłada. Pole, pole (powoli, powoli), już dziś nie muszę o tym decydować. W ogóle nie muszę się z niczym spieszyć! To poczucie na pewno zabiorę ze sobą do Polski.

Czas pożegnań…

Dodaj komentarz

Wtorek, ja zwykle rano są modlitwy w drewnianej kapliczce wyglądającej jak okrągła chatka masajska. To mój ostatni tydzień. Trzeba powiedzieć kilka słów na pożegnanie. Nie za bardzo dobrze się czuję przemawiając do ogółu, wolę te osobiste pożegnania, z kilkoma ciepłymi słowami pod adresem konkretnej osoby. Trudno to wszystko ująć w kilku słowach, za dużo przeżyć.

Dziękuję za czas wspólnie spędzony, za chęć i gotowość wytłumaczenia jak działają poszczególne programy. Działają osobno, ale też razem… Każdy wyjazd w teren był przeżyciem samym w sobie. I jeszcze program micro credit ze swoimi „przenośnymi bankami” w projekcie VSLA. Wszyscy tam pracujący to wyjątkowi ludzie.

 Dziękuję za pierwszy lunch z Marta i Sylwią, które nie chciały bym się czuła samotna i zabrały mnie do pobliskiego baru. Będę pamiętać jazdę na motorze z Kathiru (też tą w deszczu przy 100 km/h). Wspólne świętowanie urodzin Anny i pożegnanie Dennisa – z tańcami do białego rana. 

 Leah i Priscilla, pracujące w Street Children Program - je będę pamiętać szczególnie. Mamy być solą ziemi. Ale myślę, że nie tylko solą, ale też ciasteczkami! Zwłaszcza, gdy pracujemy z dziećmi. Właśnie one umiały być solą – sumienne, konkretne, bardzo zaangażowane, szczere, prawdziwe. Takie były w biurze, lub gdy coś załatwiały. Ale jak spotykały dzieciaki, to od razu zmieniały się w kochające mamy. Takie ciasteczka dla dzieciaków w ich trudnym życiu…

 Tyle w słowach kilku. Później były już tylko osobiste pożegnania, zgrywanie zdjęć, wywoływanie kilku na pamiątkę i jeszcze dziwne uczucie, że tak to jakoś szybko zleciało.

PHOTO PROJECT

Dodaj komentarz

Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć Galerię

Piękny dzień! Spędzam go w REHAB-ie, gdzie są też dziewczynki z aktualnie remontowanego ST. ROSE.  Juto DIC. Trzeba zrobić coś fajnego! I zrobimy to razem!

Poprosiłam dzieci, by pomyślały z kim najbardziej chciałyby mieć zdjęcie. Potem miały wybrać sobie miejsce, mogą zaaranżować scenkę. Zabawy było co niemiara. Nie przypuszczałam, że mogą być tak kreatywne. Jedni chcieli w ogrodzie, inni w budynku, jeszcze inni ze zwierzętami. O, to może jeszcze same dziewczyny i sami chłopcy! Chłopcy zażyczyli sobie w „dziewczyńskim” pokoju, a dziewczyny na łóżkach u chłopaków. Co chwila nowe pomysły… Na końcu oczywiście zdjęcie grupowe. Chłopaki z DIC chcieli przy bramie. Ale jak się później okazało wyszło NA bramie ;) .

W domu jeszcze tylko segregacja zdjęć, lekka obróbka i drukujemy w pobliskim zakładzie fotograficznym. A później to była zabawa – posegregować po kilka zdjęć dla każdego z dzieciaków, podpisać koperty (oj ciężko było odtworzyć ich imiona, mimo iż miałam listę). I jak tu je rozpoznać, jak takie podobne, a niektórzy przebrali się do swoich zdjęć, a jeszcze chwilę temu z kolegami byli w czymś innym. Uff po dwóch godzinach myślę, że teraz jest wszystko dobrze posegregowane. Następnego dnia idę rozdać dzieciom zdjęcia. Ale radocha! Takie momenty będziemy pamiętać długo…

Centra dla Dzieci ulicy…

Dodaj komentarz

To już przedostatni tydzień.  Udało mi się odwiedzić wszystkie programy. Teraz nadrabiam, to co straciłam przez chorobę. W programie Street Children byłam tylko dwa dni. Wtedy poznałam pracę w terenie. Zostało mi dowiedzenie centrów dla dzieci. jest REHAB (Centrum rehabilitacyjne dla chłopców), DIC – Dropp-In Center, i dom dla dziewcząt ST. ROSE.

 Gdy dzieci mają bardzo trudną sytuację w domu, albo mieszkają na ulicy, mogą być skierowane do jednego z tych centrów. Ważne by chciały tam być. DIC jest przeznaczone na krótsze pobyty, REHAB czy ST. ROSE staje się domem dla dzieciaków nawet na rok lub więcej.

W każdym domu dni wyglądają bardzo podobnie. Rano herbata z mlekiem słodka jak miód, potem obowiązki – mycie pomieszczeń, pranie itp. Potem zajęcia w klasie. Dzieciaki są w różnym wieku, więc nauczyciel uczy czego chce – każda wiedza się przyda. Przerwa na posiłek – zawsze jest to samo – porridge, ale nie jest to owsianka, bardziej przypomina grysik, tyle że ciemniejszy i mniej smaczny. Później znów nauka, potem dyżury, np. wspólne przygotowywanie obiadu (dzieci gotują same, nauczyciel dogląda tylko, by się nie poparzyły wlewając wiadro wody do większego on nich garnka…) Dieta jest mało urozmaicona, ale treściwa. Na zmianę jest ryż, fasola, kukurydza, szpinak. Po południu trzeba pomyć gary, jest czas na zabawę, dodatkowe zajęcia w klasie. A później to już kolacja (prawie to samo co na obiad) i tyle.

Czasem jest jakiś ciekawszy dzień, jakaś wycieczka, ktoś z wizytujących osób zorganizuje fajne zabawy. Nie jest źle, choć część dzieciaków chce wracać do domu, mimo iż tam sielanki nie mają. Tu jest lepiej, ale i tak tęsknią za swoimi…

***

Simon. Kilka tygodni temu w biurze widzę chłopaka bardzo brudnego, zaniedbanego, ledwo trzymającego się na nogach. Ma rany na stopach. Trudno się z nim rozmawia, odpowiada niespójnie. Może jest trochę opóźniony w rozwoju…  Muszę iść, więc nie wiem jak się toczą jego losy dalej. Po kilku dniach pytam o niego. Super! Jest w jednym z ośrodków i ma się lepiej. A wtedy ciężko się z nim rozmawiało, bo był na skraju wyczerpania. Z głodu. Za jakieś dwa tygodnie widzę go na Mszy Św., choć trudno mi go rozpoznać. Ma pełniejszą buzię, uśmiecha się. Rozpoznaję go po tych samych różowych sztruksowych spodniach. A dziś spędzając cały dzień w REHAB-ie mogę się z nim bawić. Nie chcę myśleć, co by z nim się stało, gdyby policja nie przyniosła go do ST. Martin. Historia jednego uratowanego dziecka. W ciągu tych kilku lat pewnie pomogli dziesiątkom takich jak on.

Foto Workshop

Dodaj komentarz

W końcu się udało! Warsztaty fotograficzne ruszają. Pomysł jest taki – na wyjazdach w teren osobami, które permanentnie się nudzą są kierowcy. Bardzo często nie biorą udziału w spotkaniach, tylko spacerują sobie po okolicy, albo wygrzewają na trawie. To marnotrawstwo potencjału – tak zadecydował PR. Zaproponowali mi przeprowadzenie bardzo podstawowego kursu fotograficznego, by kierowcy w czasie spotkań zajęli się przez chwilę czymś bardziej pożytecznym. W końcu zdjęcia są ważnym dowodem ich pracy…

Kilku kierowców przychodzi na półtorej godzinne zajęcia. Zaczynamy od podstaw – uruchamiania aparatu, zaznajamiania się z Menu, pierwszymi próbami zdjęć w różnych trybach scen (dla niektórych były to pierwsze zdjęcia zrobione w życiu!). Jeszcze parę słów o zoomie i lampie błyskowej. Potem wskazówki dotyczące kompozycji, „mocnych punktów” – wiele przykładów zdjęć i oczywiście typowe błędy! (Analizowałam wiele zdjęć robionych przez pracowników St. Martin…) i tyle udało się zrobić. Mają być jeszcze jedne zajęcia, by więcej poćwiczyć robienie zdjęć i trochę teorii, jak robić zdjęcia ze spotkań wolontariuszy, co jest ważne, jakie zdjęcia potrzebujemy do kroniki, dla sponsorów. Po tygodniu przyszła inna grupa na takie same zajęcia. Ciężko jest zebrać wszystkich kierowców, mimo iż mówi się, że wtorki są dniami bez wjazdów w teren. Tak, bo rzeczywistość jest trochę inna.  Pracy jest naprawdę wiele…

Cóż, z braku czasu nie udało się zrobić drugich zajęć dla każdej z grup. Było jednak dodatkowe spotkanie dla dwóch osób z PR, by powiedzieć im trochę więcej, czym charakteryzują się dobre zdjęcia. W końcu oni potem wybierają fotografie do kalendarza…

Zrobiłam ile mogłam, ale szkoda że udało się zrobić tak mało.

Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.