Machina ruszyła. Pełną parą przygotowujemy wernisaż grupowy. Ważne słowo „grupowy”, bo to trzeba w 11 osób dojść do porozumienia, co do tematu, wybrać zdjęcia, właściwie zrobić kilka selekcji… spotkać się kilka razy.
Patrzę na maila i oczom nie wierzę, 50 różnych komentarzy do spraw związanych z wystawą. No trzeba się włączyć i dodać swą opinię, każdy głos w dyskusji jest ważny. Lepiej nam idzie na spotkaniach, łatwiej się rozmawia, niż komentuje.
Uff, kolejny tematy do omówienia „ A co będziemy przekąszać?”, „Piec też będziemy? A może lepiej dipy i chipsy?”, “My mam swojskie wino, też możemy wziąć”, „Ej wy, a co z muzyką? Tym też musimy się zająć”. „No i fajnie jakby ktoś nas tańca jakiegoś egzotycznego nauczył”. „Kto jeszcze nie dodał komentarza do zdjęcia, niech czym prędzej to zrobi”. Już nie wiem w ilu wątkach biorę udział i czy dobry komentarz do dobrego tematu wpisuję. Która to? a 00.42, no to normalne, że ciężko to ogarnąć.
Ramki! Kolejny dzień, kolejne podejście, by się na coś zdecydować. Już nie wiem na czym stanęło, zobaczę jak już będą kupione, jestem dziś tak zmęczona tą wielowątkową dyskusją, że jest mi wszystko jedno, w jakim ubraniu będzie wisiało moje zdjęcie. Zdaję się na gust kupujących.
Ostatni tydzień będzie małym maratonem. W poniedziałek kolejne spotkanie organizacyjne, we czwartek pewnie wieszanie wystawy, w międzyczasie zakupy spożywcze na „after party”, ja muszę ogarnąć rzeczy do “kenijskiego sklepiku z pamiątkami” no i w piątek kulminacyjny moment.
I będzie kulminacyjny z dwóch powodów. Bo tak się poskładało, że w dzień wernisażu…. jak Kopciuszek z wybiciem północy zniknę z balu, przebiorę się i z walizką wsiądę do pociągu i potem już tylko totalna cisza, i tak przez 8 dni, nad morzem, bez komórki, bez komputera, w odcięciu od życia ziemskiego…
